"Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni"

Walka wygrana :)

Pół roku od zakończenia terapii wirus niewykrywalny we krwi!!! Kamień spadł mi z serca, chociaż nie był taki ciężki. Jakimś cudem byłam spokojna. Przez pół roku niewiele o tym myślałam. Zaczęłam się lekko denerwować na chwilę przed wykonaniem telefonu do p. doktor, której słowa brzmiały tak: „Mam dla pani bardzo dobre wiadomości…..Jest pani zdrowa” 

Życzę wszystkim borykającym się z terapią takich właśnie słów🙂

Mam nadzieję, że faktycznie jestem zdrowa i nie przyplątały mi się po drodze (jako skutki uboczne) jakieś inne choróbska. 

Cieszę się powrotem do formy i tym, że odzyskałam jako tako kontrolę nad swoim życiem🙂

Ale przede wszystkim dziękuję Bogu za opiekę i łaskę zdrowia, mężowi za cierpliwość i miłość, moim córeczkom za modlitwę, najbliższym i znajomym za wsparcie duchowe i nie tylko…

Na razie minus :) :) :)

6 tygodni czekałam na wynik badania z zakończenia terapii!!! Ale mnie wzięli na przetrzymanie🙂 No nic. Teraz pol roku życia nadzieją, że się jednak uda. Na wiosnę kolejne badanie. A póki co, już czuję się dobrze, jak sprzed terapii (minęło 1,5 miesiąca od ostatniego zastrzyku). Życie moje i mojej rodzinki na razie wróciło do normy. W końcu mam siłę odbierać dzieci ze szkoły, przedszkola. Zima tuż, tuż. Sanki czekają🙂

Tydzień temu wzięłam ostatni zastrzyk i tabletki!!!! Huraaa!!!

Na razie za wczesnie na poprawę samopoczucia, ale psychicznie odpoczywam. Już koniec!!!!

Na razie nie myślę, co będzie dalej. Chociaż już za trzy tygodnie wyniki badań, czy brak wirusa we krwi się utrzymał.

Od męża dostałam z tej okazji Wielki Bukiet Róż🙂

Dzięki Bogu, że już koniec, że przynajmniej na razie koniec!!!!

 

Widać koniec!!!

Oto 3 ostatnie dawki🙂

Ale to zleciało! I jak się okazuje, człowiek do wszystkiego może przywyknać. Strach ma wielkie oczy. Mam nadzieję, że to sa ostatni goście w mojej lodówce. I że mimo, iż na dłuższa metę ratuja z rybawiryna życie, to nie chcę ich już więcej ogladać !!!

Już nie mogę się doczekać powrotu do formy. Do jazdy na rowerze, biegania po schodach, baraszkowania z dziećmi na podwórku, niedługo na śniegu🙂 A maż czego nie może się doczekać? Hmm🙂 Pomyślmy?

Choć i tak mam za co dziękować. Za te 45 tygodni. Nie każdemu to było dane. Niektórzy odpadli w trakcie😦

Jeszcze trzy i koniec terapii.  Koniec z „wymówkami”, że jestem chora, że mam goraczkę, że głowa mi pęka, że nie mam siły, że …… itp., itd.  Lista długa, ale znośna🙂

Tylko, że nie życzę nikomu takiej laby. W sumie nie mam powodów do narzekań. Leczenie przynosi efekty, miałam udane wakacje (dużo się działo, szczególnie dla dzieci), ilość włosów na głowie zatrzymała się na jako takim poziomie (jeszcze nie wyłysiałam :)), ale chyba po 40 tygodniach można mieć dosyć? Szczególnie, że jeszcze 8 tygodni, a tu pora wracać do pracy i biegać między salami a pokojem nauczycielskim🙂 Dla obeznanych z tematem wiadomo o co chodzi. Zadyszka, bóle w stawach i ogromne zmęczenie. Teraz żałuję, że nie mam pracy biurowej🙂 No nic! Trzeba mi zacisnać pośladki i do przodu. Błagać męża, aby wytrzymał najbliższe tygodnie i stał się „kurem” domowym, liczyć na pomoc mamy i mieć nadzieję, że dzieci nie wyprowadza mnie z równowagi🙂

A tak generalnie – jestem dobrej myśli. Nie ma innej opcji!!! Musi być dobrze. Tak czuję🙂

Na razie huraaaa!!!

31 tydzień za plecami🙂 Teoretycznie mogłabym już skończyć terapię, ponieważ wynik z 24 tygodnia okazał się ujemny🙂 Ale lekarka jednak woli pociągnąć dalej, aby zwiększyć szanse pozbycia się gada. Ale teraz już z górki. Wakacje tuż tuż. Pogoda nastraja pozytywnie. Plany wakacyjne też – Mazury!!! O powrocie do pracy we wrześniu na razie nie myślę.

No i co dalej?

Już 27 zastrzyk za mną. Następna wizyta 12 czerwca. I się okaże, czy nadal (w 24 tygodniu) był minus. Jeśli tak, mam szansę na skrócenie terapii. Chociaż lekarka chyba nie jest chętna. Będzie wolała pociągnąć dalej, żeby zwiększyć szansę wyleczenia. A ja się psychicznie nastawiałam na fajne wakacje z rodzinką w Kornwalii😦

Pożyjemy , zobaczymy🙂

Ponad to wielkie wydarzenie rodzinne za nami. Komunia córki. Dałam jakoś radę, choć podczas 2 tyg maratonu (przygotowania i biały tydzień) padałam ze zmęczenia. Teraz odpoczywam na maksa🙂 , ale dopada mnie jakaś depresja😦

Nowy objaw? Ha ha ha. Niespodzianek ciąg dalszy. Bez powodu smutek i łza w oku. To dla mnie nowość.

Aaa! No i lecę na hemoferze, bo hemoglobina spadła do poziomu 8.  Buraczki i szpinak też idą w ruch. Ale jest poprawa – wzrosła do 10. Oby tak dalej🙂